Cipszczak jeszcze raz klasnął w ręce.
- No, do roboty, do roboty!! Za co wam płacimy z panem dyrektorem, co?! Już, już!
Pracownicy błyskawicznie rozbiegli się do swoich zajęć. Cipszczak odwrócił się do Ambajewicza i zaczął zdejmować z jego garnituru niedostrzegalne pyłki i nitki. Jednocześnie nachylał się coraz bliżej do jego ucha.
- Dyrektorze kochany… Rozumiesz, no… Ja mam idee… Od lat te same. Ale ja widzę, że my się chyba dogadamy, nie? Prawo dżungli, ostatnich gryzą psy, rozumiesz, dyrektorze…? Tu trzeba, dyrektorze, tak bardziej twardo, po męsku… Ty taki bardziej reprezentacyjny jesteś, to ty się za bardzo nie angażuj, ty masz wizerunek… To my będziemy o ten wizerunek dbać… Czasem tylko trzeba pogrozić palcem…
Ambajewicz z błyskiem w oku szepnął do Cipszczaka
- Wkurwy mam… Reżyserowane. Od czasu do czasu. Męskości dodają.
- Rozumiem, kochanieńki, rozumiem. Czyli ty, to ten dobry, co to kocha, lubi, szanuje, a czasem tylko pięścią w stół przywali i się rozszlocha? Tak, tak… Znam to, znam…
- Wiesz, Mariusz. Tu przychodzą kobiety i mi zależy, żeby przychodziły dalej. Rozumiesz?
- Wszystko jasne. Tylko wiesz, ja tu musze mieć kogoś zaufanego…
- Ależ oczywiście, oczywiście… Załatw to jakoś.
- Pokaż teraz książkę gości, zobaczymy, co tam ciekawego. Potem obskoczymy budynek, zwiedzimy wszystkie zakamarki i poznam lepiej załogę.
Ambajewicz otworzył księgę meldunkową.
Było w niej wyjątkowo mało pozycji. Cipszczak zwrócił uwagę na dwa nazwiska: mgr Miry Prudzińskiej i dr Zbigniewa Drzewicza. Jakiekolwiek tytuły naukowe przed nazwiskami Cipszczak odbierał jako osobistą zniewagę. Całe życie chciał zabłysnąć przed inteligentniejszymi i bardziej wykształconymi od siebie. Całe życie takim ludziom nadskakiwał i ciągle ponosił w tej kwestii porażki. Starał się nawet o posadę magazyniera, by mieć choć “mgr z kropką” przed nazwiskiem, ale i to mu się nie udało. O Prudzińską i Drzewicza wolał na razie nie wypytywać, ale był zdecydowany dokładnie poznać to towarzystwo. Póki co, nikt więcej gości hotelowych go nie zainteresował. Ruszył więc z Ambajewiczem na obchód hotelu. Po drodze omawiali zakres obowiązków Cipszczaka i różne strategie zrobienia z Poltera przybytku na wyższym poziomie niż obecnie. Gości hotelowych było niewielu, dlatego Ambajewiczowie już dawno postawili na wyszynk i tak zwaną kulturę. Polter powoli stawał się miejscem spotkań miasteczkowej elity i tych wszystkich, którzy elitą chcieli się czuć. Kobiety przyciągał tu głównie Ambajewicz. Mężczyzn przyciągały zaś kobiety. Ambajewicz zdawał sobie sprawę z tego, że brak mu wewnętrznej iskry mogącej ożywić Poltera. Wierzył, ze uda się to Cipszczakowi. Rozmawiali dość długo zwiedzając jednocześnie budynek. Nowy kaowiec poznał wszystkie sekrety, intrygi i plotki małomiasteczkowej elity. Zauważył ze zdumieniem, że na tym polu jest jeszcze dużo do zrobienia. Nowa praca wciągała go coraz bardziej.
Ambajewicz zatrzymał się przed toaletą i uśmiechnął się przepraszająco.
- Wybacz na chwilkę.
- Ja też skorzystam.
Weszli do środka. Dyrektor zawahał się idąc do pisuaru. Cofnał się i podszedł do umywalki. Po tak długim czasie spędzonym w towarzystwie Cipszczaka odczuł nieprzepartą chęć umycia rąk, zanim jeszcze rozepnie rozporek.
Kiedy wyszli, Cipszczak znów zbliżył się do Ambajewicza.
- Słuchaj, prośbę mam. “Kaowiec”, to tak brzmi trochę z poprzedniej epoki. Myślałem nad tym. Może coś w stylu “kalczer menejdżer”? – wyartykułował z wysiłkiem. – Kulture manager – dodał pospiesznie.
Ambajewicz z uśmiechem skinął głową.
Kiedy Cipszczak wieczorem wychodził z hotelu, czuł, że oto znalazł swoje miejsce na ziemi. Miejsce, w którym jego gwiazda wreszcie będzie mogła zabłysnąć. Bo Hotel Polter był dla niego centrum wszechświata, a on przecież znalazł się w centrum tego Hotelu.
Czuł jak pulsowała mu głowa. Czuł, ile przybyło mu w tym budynku inteligencji. Czuł wręcz, jak rośnie mu mózg, który – jesli będzie rosnąć dalej w tym tempie – niebawem dorówna wielkością jego prostacie.